poniedziałek, 24 grudnia 2012

Długo czasu spędziłam przy tym rozdziale. Ale mam podnietę, że dziś wigilia :D

Rozdział 9
Rozpostarłam się, wyciągając ręce. Zamiast czuć zimnego betonu, było ciepłe drewno. Gwałtownie otworzyłam oczy. Inne umeblowanie pokoju, inne kolory, wszystko inne... Szybko usiadłam. Na sobie miałam, ubranie z wczorajszego dnia. Zaczęłam się zastanawiać, co było wczoraj. Rio De Janeiro, restauracja, ucieczka, wyjaśnienie... Rozejrzałam się w poszukiwaniu szafy z ubraniami. Zauważając ją podeszłam i otwierając wybrałam; dresy, bluzkę na ramiączka i bluzę.
Wyszłam z „mojego” pokoju. Czułam zapach jajecznicy. Schodząc ze schodów, od razu analizowałam całe pomieszczenie. Przechodząc koło „stolików”, oglądałam wszystko z zainteresowaniem. Nie wiem co tam stało, ale wyglądało na jakieś eliksiry...
Idąc za zapachem i odgłosem smażonych jajek, skręciłam w lewo. Przechodząc kilka kroków, można było zauważyć lodówkę, blaty i kuchenkę.
-Wejdź.
Wystraszyłam się, już znajomego głosu. Niepewnie zaczęłam iść. W końcu widać było stół, a za nim mężczyzna. Oglądał gazetę i w tym samym momencie popijał herbatą. Na pierwszy rzut oka, można pomyśleć: „normalny facet, mieszkającym w dziwnym domu”. Nie wiedziałam co powiedzieć. Nie mówiąc nic dosiadłam się naprzeciwko.
Uważnie obserwowałam, osobę która mnie tu sprowadziła. W pewnym momencie, wyciągnął rękę w kierunku kuchenki. Dopiero teraz zauważyłam, smażącą się na niej jajecznicę. Choć patelnię, a rękę mężczyzny dzieliły, nawet więcej niż dwa metry, on „chwycił” ją. Podniósł lekko dłoń do góry i ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu jedzenie również. Marcus nawet nie spojrzał na smażone jajka, tylko operował z daleka. W pewnym momencie dwa talerze z szafki, wyjęły się i postawiły na blacie kuchennym. Mężczyzna lekko wykrzywił rękę, a z nią patelnia. Jajka podzieliły się na dwie równe porcje. On „odstawił” brudne naczynie, machnął lekko dłonią do góry, wraz z nią talerze. Przyciągnął rękę do siebie. Naczynia zaczęły lecieć w naszym kierunku. Po kilku sekundach, miałam przed sobą jajecznicę. Wszystko to wyglądało, jakby Marcus machał sobie ręką.
Patrzyłam na niego w osłupieniu. Lecz moje oczy, przykuwały jedzenie. W końcu znowu patrzyłam na mężczyznę; i tak co chwila. Obcy wziął widelec i powoli jadł. Widząc (a raczej słysząc), że nie jem spojrzał na mnie. Jego oczy miały wyraz zdziwienia.
-Dlaczego nie jesz? Nie otrujesz się. Ja również nie gryzę – dodał z uśmiechem. Po czym wrócił do jedzenia i czytania gazety. Nadal nie tykałam jedzenia. On znów widząc, moje zachowanie, popatrzył proszącym wzrokiem. Ja mu „odpowiedziałam”, że nadal mu nie ufam. Marcus zrobił krzywy uśmiech, znaczący; no cóż. Miałam do niego mnóstwo pytań. Na temat mnie, Edvarda i ogólnie magii.
-Jestem...czarodziejką? - niepewnie spytałam.
-Nie ma czarodziei. Nie ma wróżek, magów i innych określeń. Najlepsze sformułowanie to czarnoksiężnicy. Ponieważ magii, na tym świecie nie miało być. Jest ona „nielegalna”, więc nazywamy ją czarną magią. Tak, jesteś czarnoksiężnikiem.
-Mówiłeś, że mam jakąś nadprzyrodzoną moc... Znaczy, ten dodatkowy dar – dodałam widząc jego zdziwienie – jaka ona jest? Co to jest?
-Każdy z was, ma inny dar. Ma on wielkie znaczenie, dla codziennego życia. Ty masz... A może nie zauważyłaś, coś innego, coś odróżniającego się?
-Mówiąc to, przychodzi mi do głowy dużo dziwnych zdarzeń. Nie pamiętam.
-No dobrze... A czy zdarzyło się kiedyś, że zgadzałaś ze sobą ludzi?
-Taak...
-No i co? Coś zauważyłaś?
-No nie wiem... Tak szybko mi się to udało zrobić...
Mężczyzna się uśmiechnął.
-Masz dar pokoju. Niesiesz zgodę wobec innych. Nie uważasz, że to jest bardzo ważne, w życiu codziennym? Gdy używasz tej „mocy”, źrenice powinny się raptownie zmniejszyć. Prawda?
-Tak! A jakie „moce” mają inni? Na przykład Renata?
-Renata Wenus? Ona jest bardzo ważna, nosi energię. Pewnie jest zawsze w dobrym humorze, energiczna i bardzo rzadko siedzi na tyłku. Tak?
-Skąd wiesz jak ma na nazwisko?
-Ha ha! Żebyś wiedziała ile osób zna wasze nazwiska! Czy myślisz, że wasze dodatkowe „moce” znają kilka ludzi?! Prawie wszyscy czarnoksiężnicy, wiedzą o waszym istnieniu! ON czyli...
-Edvard?
-Tak.... Też jest znany. Zniszczył zbyt dużo żyć, aby było o NIM cicho... Zmierzył sporo walk z potężnymi czarnoksiężnikami... Wynalazł antidotum na niewyleczalne choroby... Ma bardzo dużo podwładnych. Dobrze sobie to zaplanował. Gdy byliście na przykład w tej restauracji w Rio, wszędzie roiło się od pracowników demona.
-To jak ci się udało podejść tak blisko?
-Kochana, ON może być potężnym, ale silniejszego ode mnie nie ma. Nic mi nie zrobiło usunięcie kilku jego podwładnych.
-Zabiłeś ich?!
-Nie. Zabić mogę tylko JEGO – uśmiechnął się – tak, dostałem prawa. Nie będę poszukiwany, jeśli umrze z mojej ręki.
-Przez kogo poszukiwany?
-Komisariat. To taki budynek, jak sąd. Daje prawa i je zabiera, no wiesz... To właśnie przez komisariat też jesteście, poszukiwani, ale w celu powiedzenia wam prawdy. Tylko no... może mniej taktowny sposób.
-Chcę jeszcze powrócić do tematu o darach. Jaki dar ma Alan? - niestety nie zdążyłam ugryźć się w język.
-Hmmm... Ciężko jest go opisać. Nie można powiedzieć miłości, bo to nie było by zgodnie z prawdą – bardziej mówił do siebie, niż do mnie – ale dawaniu może sensu życia? Scenariuszu... Może czułaś, gdy byłaś koło niego, to nabierałaś uczuć? Niekoniecznie pozytywne. Ach... Biedaczek, bardzo ciężko jest mu ukryć uczucia, ale są na pewno szczere. Maciek ma dar odwagi. Greta posiada wielką inteligencję, w głowie pomieści więcej informacji niż ktokolwiek inny. Daniel daje optymizm, doprowadza do spełnienia, to tak jakby dobry przyjaciel każdego. Piotrek daje poczucie bezpieczeństwa, jest najsilniejszy, a Kaja może manipulować. Czyli ktoś zrobi dla niej co sobie życzy.
-Ja mam najgorsze... Do niczego się nie przyda...
-Myślisz jak dziecko, Nino. To ty doprowadzasz do zgody, między czarninami. Jest jeszcze dziewiąty... Róża Walik, przez anglików nazwana Rose. Ona ma niesamowity dar... Wystarczy, że spojrzy ci w oczy i już wie co przeżyłaś i jakie masz uczucia teraz. Właśnie! Jak cię nauczę czarnoksięstwa, pójdziesz uratować małą z tego piekła. A może przy okazji uratujesz, kogoś. Ale szczegóły planu później. Dziś jeszcze będziesz ćwiczyć. Więc radzę ci pośpiesz się.
-A gdzie my teraz jesteśmy?
-Wyjrzyj przez okno. Nie tutaj nie ma okna.
Wstał i poszedł. Przed sobą cały czas miałam jajecznicę. Rozmowa mnie tak pochłonęła, że o niej zapomniałam. Nabrałam zaufania do niego. Zaczęłam jeść śniadanie.

Znowu weszłam do głównego pokoju. Podeszłam do drzwi. Mam nadzieję, że prowadzą do wyjścia z domku. Nie było butów, które można było założyć, więc ruszyłam boso. Nacisnęłam klamkę i popchnęłam drewno. Najpierw dotarł do mnie zimny wiatr, potem świeże powietrze. Przede mną ukazał się krajobraz. Piękny krajobraz. Ruszyłam przed siebie, nie wierząc oczom, że widzę tak piękną matkę naturę. Pod stopami, poczułam miękką trawę. Jej listki plątały się w moje palce. Było niesamowicie, to piękne uczucie. Mam nadzieję, że każdy choć raz poczuje, co ja w tej chwili.
Stanęłam, gdyż były przede mną kamienie, a za nimi przepaść. Znajdowaliśmy się bardzo wysoko, ale nie, aż tak, żeby był śnieg. Na dole widniało wielkie jezioro. Z prawej strony były kamienne schody, prowadzące w dół. Ścieżka znikała w lesie. Na tej wysokości, drzewa nie rosły. Gdzieniegdzie były pełniki alpejskie. Zamknęłam oczy, wyobrażałam sobie nierealne rzeczy. Coś co chciałabym, doznać w życiu. Poczułam ciepły oddech. Momentalnie otworzyłam oczy i odwróciłam się. Za mną stał Marcus. Patrzył co robię. Może lekko się zaczerwieniłam, odwracając głowę.
-Nie wstydź się tego, co chcesz. To jest piękne.
-Skąd wiesz co chcę?
-Tak...
-Nie, nie chcę znać jednak odpowiedzi... Skąd wiesz, że wyszłam?
-Zostawiłaś otwarte drzwi, był przeciąg.
Uśmiechnęłam się ze swojej głupoty zadawania pytań.
-Ed... ON wiedział, że ty mnie szukasz, skąd?
-Z kompleksu. To taka książka, która za pomocą magii, pokazuje co może się zdarzyć. Lecz nie jest to na sto procent pewne. Widział, pewnie jak dotykasz mojej dłoni...
-Uratuję tą dziewczynkę? Zniszczę JEGO? Muszę? To mój obowiązek?
-Tak...

-Chcesz ćwiczyć na dworze, czy w pomieszczeniu?
-Tutaj.
-Więc słuchaj mnie uważnie. Są chwyty dawcze i prawcze. W walkach przeważnie wykorzystuje się dawcze. Polegają one na używaniu magii poza ciałem. Czyli podobne do tego co rano. Albo lepiej jeszcze dam przykład.
Spojrzał na drewno, które było niedaleko nas. Pewnie Marcus wykorzystuje je na ogień do kominka. Pień który leżał, gwałtownie się podniósł. Z pionowo postanowionego drewna zsunęła się kora. Mężczyzna wyciągnął rękę w kierunku przedmiotu. Dłoń miał całkowicie prostą, tak, że można by my było przybić piątkę. Lecz powoli, palce zaczęły się zamykać. Na pniu wyrysowały się jakieś dziwne znaki. Im bardziej zaciskał dłoń, tym głębsze i bardziej dające rysów cięcia były widoczne. W końcu zacisnął całkowicie pięść. Podeszłam do drewna. Tak gdzie nie było kory widniała roślina. Od razu rozpoznałam kwiat lotosu. Mój ulubiony. Nie chciałam już pytać, czy wie, jaki jest mój ulubiony kwiat.
-Ładnie – to było jedyne co mogłam powiedzieć.
-Magia prawcza jest odwrotnością do dawczej. Czyli wykorzystuje się ją wewnątrz ciała. Spójrz.
Podszedł do ściany domku. Był całkowicie rozluźniony. Powoli zaczął znikać... Coraz szybciej mrugałam. W końcu nie można było go zobaczyć. Wnet powoli zaczął się pokazywać i był. Podszedł do mnie bliżej.
-To jest bardzo przydatne zaklęcie. Czy rozumiesz co powiedziałem?
-Tak... Dużo jest tych zaklęć?
-Bardzo dużo.
-To jak... Się je robi?
-Tu przeważnie chodzi o wyobraźnię, wiarę i potrzebę. Musisz sobie wyobrazić, że musisz zniknąć. Jak rysowałem ten kwiat, najpierw pomyślałem jak będzie wyglądał. Musisz wierzyć w magię oraz to, że ci się uda. Aby wykonać zaklęcie, musi być do czegoś potrzebne. Na przykład aby się obronić albo właśnie komuś pokazać w dobrych zamiarach.
-Skomplikowane, czuję się jak w szkole.
-Heh nauczysz się. To zaczniemy od najprostszego zaklęcia prawczego. Wyobraź sobie, że jest ciemno. Nic nie widzisz. Jesteś w lesie, chmury przysłaniają księżyc. Zamknij oczy. Skup się. Cały czas widzisz jak teraz.
Gdy przestał mówić, robiłam wszystko to co kazał. Jestem w lesie nic nie widzę, jak teraz gdy mam zamknięte oczy...
-Nie, Marcus to się nie uda...
Otworzyłam oczy... Niesamowite nic nie widziałam! Właśnie wykonałam zaklęcie!
-Udało się! Nic nie widzę! To niesamowite!
-Dobrze to teraz się odczaruj.
-Ok, to jak mam sobie wyobrazić?
-Ha ha to twój problem. Myśl.
-Ale... Zanim się odczaruję, to pomożesz mi w sensie orientacyjnym?
-Nie.
Słyszałam jak drzwi od domku się zatrzaskują. Ze środka wydobył się śmiech. Poczułam jakbym była koło Alana...

sobota, 22 grudnia 2012

No i ten rozdział co wszystko wyjaśnia ;D Na pewno ciekawy. Starałam się pisać ciekawie ;)

Rozdział 8
Rio De Janeiro? Tu przynajmniej będzie ciepło. Może się trochę zrelaksuję. Odpocznę od tej całej magii. Edvard mając dobry humor, może pozwoli mi, Renacie i Grecie wyjść na zakupy? Każde miasto ma swoje wspomnienia. Im więcej miast odwiedziłam, tym bliżej jestem odgadnięcia tych wszystkich pytań, co sobie zadaję. Czy tutaj uzyskam odpowiedź? Wstałam, ku mojemu zdziwieniu jako pierwsza. Wzięłam ubrania i poszłam do łazienki. Gdy zrobiłam poranną toaletę i ubrałam się, popatrzyłam w lustro.
Widniała w nim moja twarz. Przyglądałam się swojemu odbiciu. Od małego, lubiłam robić miny, przed lustrem. Na początku pokazałam język. Potem robić zeza. Moje miny były naprawdę śmieszne. W pewnym momencie, chciałam zagrać luzaka. Wystrzeliłam palce w bok, przymknęłam oko i zadziorny uśmieszek. Nagle drzwi się otworzyły; zapomniałam je zamknąć! Stał w nich Alan. Na prawej ręce miał zawieszony ręcznik, pianka w lewej. Widziałam jego twarz, odbijającą się w lustrze. Przecież nigdy go nie widziałam bez żelu! Był... taki jakiś inny. Widać było, iż wstał dopiero z łóżka. Wyglądał śmiesznie.
Ale nie aż tak źle, jak ja! On zauważył moje odbicie; tej luzackiej, w ogóle nie pasującej do mnie twarzy. Widział również moją pozę przed lustrem.
Nie minęły dwie sekundy, kiedy się gwałtownie wycofał. Lecz słyszałam jego donośny śmiech. Był płynny, miły i czysty. Też zaczęłam się śmiać.
Zaraz po tym wydarzeniu, wyszłam również. Chłopak cały czas się śmiał, ja także. Obudziliśmy Maćka. Alan choć próbował zatrzymać, albo chociaż ściszyć swój śmiech; nie wychodziło mu to. Na głowie miał kołdrę, pewnie dlatego, aby przykryć nie ułożone włosy.
Po kilku minutach śmiechu, uznałam, że oboje widzieliśmy się w niekomfortowej sytuacji. Wyglądał naprawdę ślicznie, z tym jego uśmiechem...
-Idź do łazienki, bo Renata lub Maciek cię zobaczą!
Chłopak przestał, tak bardzo się śmiać, wziął (pewnie ponownie) rzeczy i poszedł.
-Co było takiego śmiesznego? - zapytał Maciek, nie wstając z łóżka, ba nawet głowy nie podnosząc.
-Nic.
Ale uśmiech i tak nie znikał mi z twarzy.


* * *
Gdy było już ciemno, wyszliśmy do miasta, aby pokupować pamiątki. Wszystkie dziewczyny (łącznie ze mną), ucieszyły się, gdyż odetchną od przeżyć (brak Edvarda, walka itp.). Niestety gdy zaczęłyśmy dochodzić do głównego rynku, zmieniłyśmy zdanie. Wszędzie panował tłok, było gorąco i duszno. Niemalże od razu poczułam, krople potu na czole. Jakoś tak wyszło, że szłam z Maćkiem, rozmawiając z nim. Opowiadaliśmy sobie, różne historie, które przydarzyły się nam podczas wakacji. W końcu doszliśmy do restauracji. Cały czas rozmawiając, weszliśmy do środka. Poczułam niesamowitą ulgę; klimatyzacja. Pomyślałam, że już nigdy z tego miejsca nie wyjdę.
Przysiedliśmy do różnych stolików. Mnie wypadło usiąść z Maćkiem i Danielem. Rozmowa była bardzo przyjemna. Gdy w pewnym momencie, mężczyźni zaczęli, rozmawiać między sobą, ja spojrzałam na stolik Renaty, Grety, Piotrka i Alana. Alan odwrócił wzrok, gdy ja zwróciłam głowę w jego stronę. Pewnie mnie obserwował. W końcu obejrzałam się za siebie. Niemożliwe... To ten facet!! Gwałtownie wstałam, spojrzawszy na Edvarda. Zamawiał dania (dobrze wiedział jakie). Znów zauważyłam mężczyznę, ze szybą restauracji. Maciek i Daniel byli bardzo pochłonięci rozmową. Podobnie drugi stolik.
Ruszyłam żwawym krokiem do drzwi. Wychodząc spostrzegłam, jak Edvard zauważył co robię. Pędem zaczął biegnąc do wyjścia. Już miałam również uciekać przed nim, do obcego mężczyzny, gdy nagle ON stał przede mną.
Wystawił rękę przed siebie, dobrze wiedziałam co robić. Szybko ją złapałam...
To czego doświadczyłam po zetknięciu rąk, długo zapamiętam. Czułam jakby ktoś podciągał mnie za ubrania, wyrywał z tego świata. Straciłam grunt pod nogami. Oczy zaczęły mnie szczypać, więc szybko je zamknęłam. Mimo wszystko, nic nie czułam <wiem, że to tak dziwnie brzmi, ale ciężko jest to opisać; może jakbyś była powieszona na rękawach i tak szybko lecisz, że oczy Cię szczypią>. W mojej głowie lub gdzie indziej słyszałam krzyki, śpiewy, rozmowy i inne odgłosy. Wszystko to się wymieszało i powstał chaos.
Powoli odzyskiwałam grunt (od czasu do czasu uderzałam nogą o grunt). Mogłam chociaż zmrużyć oko. I siła ciągnięcia za ubrania słabła.
W końcu całkowicie wróciłam do „rzeczywistości”. Gdy odzyskałam grunt, upadłam na kolana. Zaczęłam ocierać oczy.
-Ała... Nie musiałaś mnie tak mocno trzymać. Nie wiedziałem, że masz taki ścisk.
Otworzyłam oczy. Znajdowaliśmy się w jakimś dziwnym pomieszczeniu. Po mojej prawej stronie były na podłużne stoliki (jak można by to było nazwać), a na nich znajdowały się przeróżne buteleczki i książki. Choć tak naprawdę po mojej lewej stronie była mini-biblioteczka. Przede mną stał mężczyzna, a za nim była pusta przestrzeń (niezbyt duża). Spojrzałam na niego.
Posiadał wystające kości policzkowe. Miał czarne włosy i mały wąsik. Ciemne oczy podkreślały mu brwi. Zbliżał się pewnie, do czterdziestu lat.
Obcy popatrzył na mnie i po chwili zaczął podchodzić. Szybko wstałam. On wtedy się zatrzymał. Nie puszczał ze mnie wzroku.
-Czego chcesz? - zapytałam.
-Wyjaśnić ci wszystko. Dlaczego zostałaś tutaj przeniesiona i po co. Jak się działy, niektóre rzeczy. Co masz do tego wszystkiego wspólnego i nauczyć cię czegoś.
Mężczyzna widząc moje nieprzekonane, dopowiedział:
-Nazywam się Marcus. Mam więcej lat, niż na to wyglądam. Jestem taki sam jak on, ty i twoi przyjaciele.
-Mówiąc „on”, masz na myśli Edvarda?
-Edvard?! Edvard?! - był pełny zdumienia i oburzenia – to czysty diabeł, demon, psychopata! Jak można o nim mówić „człowiek”?! A szczególnie ty!
Milczałam. Nie wiedziałam jak na to zareagować. Skoro nie miał znaczenia „człowiek” to o co mu chodziło?
-To ja też jestem demonem?
-Nie... Jesteś taka ja my.
Powoli się domyślałam, ale wolałam mieć pewność.
-Czyli jaka?
-Magiczna.

Nie uwierzyłam mu. Niby ja również czaruję?! Wtedy powinny dziać się, jakieś dziwne rzeczy...CHYBA. Ale nie mam pewności... Nie, nie, to nie może być prawda. Marcus widząc moją minę, powiedział:
-To prawda. Ty również, możesz czarować.
-Ok... Spróbuję wziąć to na poważnie. Nie potrzebuję jakiegoś magicznego przedmiotu? Na przykład różdżki?
-Ha ha, nie. Te wszystkie pierścienie, różdżki, pelerynki są zbędne. Potrzeba jest siła woli. Nasze uczucia mają wpływ, na siłę mocy. Ale, zanim będę cię uczył, powiem dlaczego, on sprowadził was. Proszę, tylko mi nie przerywaj.
Ty wraz z innymi, którzy byli „porwani” przez NIEGO, możecie czarować. To właśnie dlatego, zostaliście „uwięzieni”. Sporo „normalnych” ludzi nie wie, że są czarnoksiężnikami. A dlaczego was? Ponieważ jesteście czarnoninami. Są to czarnoksiężnicy, posiadający dodatkowy dar. Gdy wspólnie połączycie siłę, nikt, żadna ilość czarnoksiężników nie będzie w stanie was pokonać. Dlatego wspólnie jesteście bardzo niebezpieczni. W sumie jest was dziewięciu. Nie! Nie przerywaj, dobrze wiem, że znasz i widziałaś tylko siedmiu. ON uwięził gdzie indziej dziewiątą osobę. Tak abyście, nie mogli się spotkać. Wielu dobrych i złych czarnoksiężników, szukało was wszystkich, niestety tylko jemu udało się was odnaleźć i złapać... Tak... Ja również szukałem, ale jestem tym dobrym, zamierzałem wam powiedzieć kim jesteście i nauczyć was tego, z czym się urodziliście. Inni źli mieli jednak inne plany niż ON. Chcieli was schwytać, nauczyć magii i wykorzystać. ON jednak uniemożliwił wam, wszelkich informacji, na temat magii, gdyż uznał, że moglibyście GO pokonać. Udało mu się tylko jemu, ponieważ jest jednym z najbardziej uzdolnionym czarnoksiężnikiem, żyjącym na ziemi. Ciebie złapał ostatnią, iż nie posiadasz rodziny i wielu znajomych. Zastanawia pewnie ciebie, dlaczego musieliście podróżować? A odpowiedź brzmi; jesteście poszukiwani, gdyby za długo był w jednym miejscu, złapali by wszystkich. Ja na szczęście, również jestem uzdolnionym czarnoksiężnikiem. Dlatego mnie najszybciej, udawało się was odnaleźć. Całe szczęście, byłaś ciekawa i złapałaś mnie za rękę. Hmmm... Dalej nie mam pomysłu, co jeszcze wyjaśnić... A! Z obrzydzeniem wymawiam jego imię -zrobił kwaśną minę – Edvard Prine jest poszukiwany, przez czarnoksiężników, iż jest złym stworzeniem.
Nie wiem jak wyglądała moja twarz, ale na pewno nienormalnie. Choć wszystko trzymało się kupy, było nierealne. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami i lekko rozchyloną buzią.
-Jakieś pytania? Dzisiaj uczysz się prawdy, jutro będziemy ćwiczyć.
Nie mogłam wydobyć słowa. Muszę sobie to wszystko poukładać... Moje uczucia są dziwne, nie da się ich opisać, ale w sumie. Jak ktoś by się czuł po takiej „prawdzie”?!
-Tam – on pokazując na schody – jest twój nowy pokój. Widzę, że nie możesz normalnie funkcjonować, więc idź się połóż.
Nie wiem jakim sposobem doszłam do pokoju. Pamiętam, że wywaliłam się na schodach i położyłam na łóżku...
-------------------------------------------------------------------
Następny rozdział, bardziej wyjaśni szczegółowo :)

piątek, 21 grudnia 2012

Dawno już miałam napisany ten rozdział, ale jakoś nie miałam okazji go dodać :/ Dziś koniec świata! :o

Rozdział 7
Nikt się nie odzywał nawet Renata. Maciek słuchając muzyki <Piosenka którą słuchał>, leżał od czasu do czasu kiwając głową. Alan spał (zauważyłam, że lubi spać), Renata choć energiczna, spokojnie siedziała na łóżku czytając książkę. Ja wpatrywałam się w okno. Obserwowałam szybujące ptaki. Edvard nie wracał, albo wrócił bezgłośnie. W oczach ciągle go miałam słabego i pokrytego krwią. Proszącego o dyskrecję. Zobaczyłam coś, czego nie powinnam widzieć.
Rozmyślałam co by się stało, gdybym dotknęła ręki obcego. W końcu zrobił to Edvard. Wrócił z takim stanem... Czy ja bym też taka wróciła? Czy by mnie ten obcy zamordował? A może bym przeżyła? „Wszystko ci wyjaśnię” sama nie wiedziałam, czy by mi powiedział wszystko o Edvardzie, magii lub nawet dlaczego tu jestem... Wzięła mnie głęboka chęć dotknięcia ręki i zobaczenie co się stanie. Postanowiłam sobie, że gdy go następnym razem ujrzę, chwycę jego dłoń, prosząc o wyjaśnienie. Chyba, że wszystko opowie Edvard... Lecz na to chyba nie mogę liczyć...
Puk! Puk!
-Chciałabym pogadać. - rozpoznałam głos Grety.
-Siadaj. - Renata odłożyła książkę i uśmiechnęła się do przyjaciółki.
-Choć może i pukasz, to raczyło by zapytać czy możesz wejść. - półprzytomnie Alan podniósł głowę, spojrzawszy na dziewczyny. Na mnie spojrzał wyjątkowo krótko; nawet ledwo zauważalnie, jakby chciał zobaczyć czy jestem. Zresztą dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że to nieładnie, tak wchodzić.
-Nie wciskaj się tu do spraw Grety! Jest ona dorosła...
-I niewychowana...
-Spoko Renata. Nie zwracam uwagi na takich... - Greta zakończyła spór. - Przybył Edvard?
-Niestety nie... - Renata choć uśmiechnięta, powiedziała przygnębiającym tonem.
-Nina, ty widziałaś jakąś ścieżkę... Dlaczego ty? Widziałaś go?
-Widziałam. - powiedziałam.
-Gdzie on był?!
-To ten co był odwrócony plecami, a potem leżał.
-Ten żul?! To był Edvard?!
-Tak.
Greta z szokiem odpowiedziała przekleństwem.
-Dlaczego nie pomogłaś mu? Albo nam go nie pokazałaś?
-Bo prosił abym tego nie robiła.
-No i co było dalej? - zapytała Renata.
-Zaczarował moje oczy. Musiałam go objąć aby nie upadł.
Nagle Maciek wstał, podszedł do mojego łóżka i usiadł. Również usiadłam.
-Coś jeszcze? - zapytał patrząc mi w oczy.
-Nie.
-Był ranny, że sam nas nie poprowadził?
-Tak.
-Jeszcze chwila, a się pocałujecie! - Alan uważnie nas obserwował. Zdałam sobie sprawę, że nasze twarze są blisko siebie i ciągle patrzymy sobie w oczy. Szybko odwracając twarz, zauważyłam chichoczące dziewczyny. Lecz Alan się nie uśmiechał. Był naburmuszony.
-Ja lepiej już pójdę, bo będę światkiem śmierci. - Greta spoglądając na Alana to Maćka, wstała dodając: - Nie chcę zeznawać przed sądem.
-Pójdę z tobą, tam pogadamy. - Renata poszła za przyjaciółką.
-Też idę z wami, bo zaraz zostanę zaatakowany. - Maciek i przyjaciółki roześmiały się.
Po chwili ich nie było. Alan spoglądał na mnie przez chwilę, po czym wstał i poszedł do łazienki; zamykając drzwi.
Dosyć długo go nie było. Nie słyszałam spuszczającej się wody, ani cieknącej jej z prysznica. W końcu po pół godzinie (jak i nie dłużej) wyszedł. Od razu wiedziałam, co go przetrzymało; włosy połyskujące od żelu i ułożone w jeżyka. Uśmiechnęłam się do niego. On zignorował mnie, choć końcówki ust zadrgały i sama nie wiem, czy nie zaczerwienił się. Był na mnie zły. Dlaczego? Aby złagodniała sytuacja postanowiłam, skomplementować fryzurę. Wiedziałam, że on to lubi.
-Nawet fajnie ci wyszło.
-Ta.
-Jeśli dasz to sama ci ułożę je kiedyś.
Spojrzał na mnie jak na wariatkę, unosząc jedną brew.
-A źle wyglądam?
-Yyy... - zadał bardzo ciężkie pytanie. Jak powiem, że nie to się obrazi albo załamie. Jak powiem tak, wyjdzie że mi się on podoba.
-Czyli źle...
-Nie wiem co odpowiedzieć! Jak dasz mi raz swoje włosy, to będzie mi się na pewno podobało!
-Na pewno uczeszesz je na gładkie, jak u Maćka! Nie dostaniesz ich...


* * *
Sama nie wiem czy obraziłam się na Alana... Na pewno zraziłam. Rozczarowała mnie jego reakcja, na moje pytanie. Wiem jedno; on się obraził na mnie. Nie miałam komu się wyżalić o swoich problemach z Alanem. Do tego potrzeba jest dziewczyna, więc Maciek lub Edvard odpadają... Może Renata? Ją znam w końcu najlepiej. Niedługo po tym zdarzeniu, odważyłam się wyżalić, Renacie na osobności:
-Renata słuchaj... Mogę na tobie polegać?
-Jasne! - dziewczyna niespodziewanie zrobiła poważną minę – Mów o swoich problemach.
-Nie układa mi się z Alanem... Ciągle się z nim kłócę, nie mogę dojść do porozumienia. Mam tego dość! Jest taki wnerwiający...
-Rozumiem że albo jesteś z nim w związku, albo podoba ci się.
-Skąd możesz to wiedzieć?
-Nie układa mi się z Alanem... To brzmi jakbyś była w związku. Mówisz mi o kłopotach z nim, czyli żal ci jest, że kłócisz się. Zależy ci na nim?
-Jaka ty jesteś bystra... Tak zależy, podoba mi się, ale nie jestem z nim w związku.
-Spokojnie. My też kłócimy się z nim. A najczęściej chodzi o przebywanie jego w łazience... Strasznie długo tam siedzi! Zamyka się, siedzi godzinami i wychodzi uśmiechnięty. Ciągle się go pytamy co tam robi, ale on mówi, że to tylko poranna toaleta...
-To wy nie wiecie?! Nie widzicie?!
-Czego nie widzimy? To ty wiesz?!
-Ja... Nie, nie wiem..
Spojrzała na mnie uważnie, po czym (w końcu) się uśmiechnęła.


Choć od mojej rozmowy z Renatą minął jeden dzień i nic nie jedliśmy, nie odczuwaliśmy głodu. Była ósma rano (Alan już uczesany), gdy wszyscy siedzieliśmy, lub leżeliśmy na łóżkach. Renata czytała, a przy okazji pożyczyła mi swoją książkę; abym też mogła czytać. Alan pewnie grał w grę na telefonie, ponieważ od czasu do czasu robił kwaśną minę. Maciek leżał i nic nie robił, patrzył w sufit.
Puk! Puk!
-Witajcie! Nic nie jedliście, przepraszam! Trochę mi pewne sprawy, zajęły czasu...
Wszyscy (ja, Renata, Alan i Maciek) zwróciliśmy głowę w kierunku drzwi. Było to dla nas szokiem bo stał w nich... Edvard! Uśmiechnięty, żywy – cały. Nie miał ran, nie był ani słaby, ani zmęczony; lecz energiczny i wesoły. To na pewno nie był ten Edvard, co stał przede mną podparty o moje ramię, dwa dni wcześniej.
-Edvard?! - wszyscy jednocześnie krzyknęli.
Mężczyzna uniósł lekko brwi.
-Chcecie śniadanie? Za to, że mnie nie było, może pójdziemy do restauracji?
-Gdzie ty... - Renata chciała zadawać miliony pytań; tak jak każdy. Niestety Edvard zakończył wszelkie pytania.
-Nie będę odpowiadał na żadne pytania. Ja mam pytania i mam nadzieję, że dostanę na nie odpowiedź. - tutaj spojrzał na mnie – bądźcie w recepcji za pięć minut.
Wyszedł już nic nie mówiąc. Wszyscy nadal patrzyli się w drzwi. Alan po chwili zszedł z łóżka, wziął ubrania i poszedł do łazienki. Dopiero po dłuższej chwili się poruszyłam. Renata wstała i dziwnie wyszła z pokoju. Maciek chciał postąpić tak samo, ale w ostatnim momencie zatrzymał się i zapytał:
-Chcesz iść ze mną?
-Tak.
Podchodząc do Maćka, Alan wyszedł łazienki; specjalnie go popychając. Minę miał naburmuszoną jak wtedy, gdy Maciek był na moim łóżku. Spoglądając to na Alana, to na Maćka wywnioskowałam, że Maciek wcale nie przejął się agresywnym zachowaniem Alana. Wręcz przeciwnie, dało mu to satysfakcję.
-Nina idziesz?
-Yyy... Tak.

-Smacznego!
Chyba nie tylko mnie, denerwował jego nastrój. Choć nikt mu nie odpowiedział, uśmiech nie zniknął z jego twarzy. Czy myślał, że wszyscy zapomną, iż go nie było?! Każdy zjadł w ciszy śniadanie. Gdy Edvard udał się, aby zapłacić rachunek, szybko odeszłam od stołu, biegnąc za nim. Nasunęło mi się pierwsze pytanie:
-Dlaczego ciebie nie było?!
-Ależ byłem.
-Kiedy niby?
-Cały czas.
-No chyba...
-Nie żartuję.
-To co robiłeś? Ale...
-Nino, mówiłem ci kiedyś, że jesteś wścibska – spojrzał na mnie, uśmiechając się.
Jak mógł, mnie osądzać?! Nie jestem wścibska! W takim przypadku, każdy jest ciekawy co się stało!
-Edvard, powiesz mi cokolwiek?
-Tak. Nie możesz rozmawiać, dotykać i wszystko inne związane z tym facetem.
Poczułam się jak dziecko. Jakbym dostała naganę. I ja zachowując się jak ono zapytałam:
-Dlaczego?
-Ja tak mówię i tak ma być.
Spojrzał na mnie surowo. Teraz to naprawdę, czułam, iż za chwilę się rozpłaczę, bo nie dostałam więcej informacji. Lecz oprócz dziecinnego zachowania, zauważyłam jego wyższość. Jakby był moim rodzicem. Ja z naburmuszoną miną (pewnie taką jaką miał Alan), tupnęłam nogą i odeszłam. Każdy spojrzał na mnie (ci co byli przy stole). Niektórzy się uśmiechnęli, a inni parsknęli śmiechem.
Nie wiedząc o co chodzi, po chwili zorientowałam się, że mam tą samą, naburmuszoną minę jak dziecko. Musiałam wyglądać śmiesznie. W figurze dorosłej kobiety i miną pięcioletniego dziecka.
Usiadłam koło Renaty. Po kilku minutach wrócił Edvard. Cały czas uśmiechnięty. Jadąc autobusem (Edvard chyba zrezygnował z metra), cały czas myślałam jak dziecko. Interesowały mnie budynki i ludzie. Gdy szedł jakiś pies, ledwo co powstrzymałam się od wypowiedzenia: „jaki śliczny!”. Rozmyślałam również o tym, że nikt mną nie będzie rządził. Będę rozmawiać, dotykać i wszystko inne związane z obcym! Poczułam dziką chęć, przeciwstawieniu się Edvardowi. Czy to jakieś zaklęcie?

czwartek, 13 grudnia 2012

Nie mam zbytnio czasu, wchodzić na bloga i pisać nowe rozdziały. Tym bardziej, że czytam najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam w swoim życiu, a mianowicie "Dotyk Julii". Dziś dostałam rolę, do przedstawienia teatralnego. Dzień zaliczam do udanych, choć jutro klasówka z historii i trza (trzeba) się uczyć:>

Rozdział 6
Edvard na tyle się wystraszył, że znowu przenieśliśmy się do innego miejsca. TO miejsce było Londynem. Nareszcie poćwiczę swój angielski; tym bardziej, że jeździmy po całym świecie.
Godzina dziesiąta rano – czas wolny. Maciek czytał książkę, Alan spał, a Renata kręciła się, inaczej mówiąc nudziła. Co chwila chodziła od pokoju do łazienki, raz zaczęła dokuczać Maćkowi (co się miło nie skończyło), budzić Alana, mnie zagadywać, śpiewać (Maciek z Alanem byli zdania aby zamilkła, zresztą ja też nie zamierzałam słuchać jej krzyków), tańczyć, a nawet skakać na łóżku. W końcu po wszystkich swoich wyczerpanych pomysłach usiadła. Była cisza przez minutę, ale gwałtownie wstała mówiąc:
-Zrobię głupi telefon!
-Słucham? Przecież nie masz do kogo zadzwonić!
-No i o to chodzi! Zadzwonię do mojej byłej przyjaciółki!
-Ale...
-Co ale?
-W sumie nic. - zakończyłam.
Wzięła telefon, zaczęła klikać coś na telefonie. Po chwili przyłożyła telefon do ucha.
-Halo? - cichy głosik odpowiedział w telefonie.
-I'm the one who you know, so do not be afraid to – tu dodała niski głos - cool your soup...
Rozłączyła się z uśmiechem. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Ona zna anielski?!
-Znasz angielski i nic mi o tym nie powiedziałaś?!
Spojrzała na mnie dosyć dziwnie.
-Ale przecież ja znam angielski on urodzenia! - w końcu do niej dotarło, że nic nie wiem – Ha ha sorry... Nie jestem polką, tylko angielką.
-Słucham!? Ale nie masz akcentu... I nawet rzadko używasz takiego angielskiego w sensie „OK”!
-Bo nie muszę.
-Polski znasz od zawsze?
-Nie. Jak się tu dostałam wiesz ta magia... Od razu umiałam polski.
-Aaa... nauczysz mnie angielskiego? BO ja ledwo co umiem... Ale poczekaj... Ktoś jeszcze, jest anglikiem?
-Nie. Ale Kaja jest hiszpanką. Dlatego ma ciemne oczy i włosy. Piotr pochodzi z Kanady, Greta z bratem są ze Włoch.
-A Maciek?
-Z Rosji.
-A Alan?
-Z Francji. A dokładniej z Paryża.
-Wcale taki romantyczny nie jest...
-Ha ha pozory mylą. Mówię ci jest romantyczny, ale to ukrywa. Wiedziałam o co się zakładam. - tutaj posłała mi miły uśmiech, odwzajemniając go zapytałam:
-Każdy posługuje się polskim?
-Słyszysz.
-A dlaczego polskim? A nie angielskim? Z jakiego kraju jest Edvard?
-Sama nie wiem... Ale musi mieć to znaczenie z polską...

* * *
Minęło cztery dni, odkąd jesteśmy w Londynie. Edvard cały czas na mnie patrzył, lecz dodatkowo jeszcze na innych. Rzadziej wychodziliśmy z „pensjonatu”. W końcu jednak wyszliśmy aby zwiedzić jakieś muzeum.
-Pojedziemy metrem. - rozległ się głos opiekuna.
Inni tylko pokiwali głowami. Metro nie było czyste, a nawet brzydkie. Nieprzyjemnie było siedzieć i czekać na pociąg. Gdy przybył każdy z zadowoleniem opuścił nieprzyjemne miejsce. Byłam najdalej od Edvarda, może dlatego, że ostatnia weszłam.
Przede mną stał Daniel rozmawiający z Maćkiem. Trzymając się uchwytu obejrzałam się za siebie. Zauważyłam mężczyznę w płaszczu i niezwykle pasującym do niego kapeluszu. Choć twarzy nie było widać, rozpoznałam ten płaszcz; to był ten facet z Pragi! Wystraszona odwróciłam się przodem, w razie jakby mnie zaatakował. Spojrzał na mnie z lekko drgającymi wargami.
-Witaj.
-Czego chcesz? - pytając groźnie, pomyślałam że się przestraszy.
-Nie bój się mnie. To jego powinnaś się bać. - spojrzał na Edvarda.
-Nic mi nie zrobił.
-Ależ robi cały czas.
-Co takiego?
-Tu ci nie wyjaśnię. Złap mnie za rękę, to ci wszystko powiem.
-Nie ufam ci.
-Wiem. Ale dotknij tylko chociaż delikatnie palcem, nie musisz łapać.
-Nie!!! - krzyknął Edvard.
-Złap, dotknij! No dalej albo będzie za późno!
-Nie dotykaj! Ani mi się waż! - Edvard wyglądał przerażająco. Jego twarz i charakter jakby gwałtownie się zmieniły. Rozpychając wszystkich próbował dotrzeć do mnie. Teraz wszystkie twarze były skierowane na mnie.
-Dotknij a wszystkiego się dowiesz!
-Nie! Nie złapię! - odkrzyknęłam mu i w tym samym momencie odskoczyłam od niego. Edvard nie zważając nawet na mnie uwagi, przedarł się. Zauważyłam tylko jak złapał rękę obcego. I nagle... pustka.


Wydawało mi się, że ta „pustka” trwała chwilę. Pewnie każdy tak myślał. Otwierając oczy wszystko było zamazane. Kolory mieszały się. Nie mogłam poruszyć kończynami. Można to było nazwać „Stop klatka”.
Ta „chwila” już ustąpiła. Rozmazane przed oczami tło, zaczęło nabierać kontur. Nogą choć wolno mogłam ruszać. Dźwięku z moich ust jeszcze nie słyszałam. To wszystko trwało sekundy. W pewnym momencie... Jakby przewinięcie.
Otoczenie stało się normalne, już mogłam chodzić, wszystko dobrze widziałam. Słyszałam przestraszone jęki, moich przyjaciół. Wszystko było normalne, prócz jednego – a nawet dwóch. Nie było obcego i Edvarda.
Co się z nimi stało? Rozglądając się zauważyłam odwróconego od nas mężczyznę, ciężko dyszącego. Wcześniej go nie było...
Lekko sparaliżowana po tym wydarzeniu, obeszłam go łukiem. Nagle zdałam sobie sprawę, że pociąg jedzie.
-N-nic panu nie-e jes-st? - zapytałam nieśmiało.
Mężczyzna na mnie spojrzał. To był Edvard! Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Włosy w różne strony, zdyszany, zmęczony, leciała mu krew z nosa i skroni.
-E-edvard! Co ci się st-tało?
Edvard wstał. Podszedł bliżej, położył na mnie swoje ręce, nasze twarze tak blisko się spotkały, że myślałam iż się pocałujemy.
-Nie mów nic nikomu. Wyjdźcie na tym przystanku. Doprowadź ich do naszego domu. - mówił to i ledwo co stał. - Ja ci wskażę drogę. Nikt nie będzie mógł z niej zejść.
Położył dwa kciuki na moje oczy. Poczułam wielką energię w oczach jakby mi miały wirować. Jego dłonie opadły, gdybym go nie przytrzymała upadł by. Jego głowa spoczywała na moim ramieniu. Miałam nic nikomu nie mówić, ale o czym? Domyśliłam się, że nie chciałby aby wszyscy widzieli go w takim stanie. Położyłam go na siedzeniach, choć nogi były oparte na ziemi. „Następny przystanek będzie...” drzwi się otworzyły. Przystanek! Zostawić go tu samego? Poradzi sobie jest dorosły i zna magię... Za drzwiami zauważyłam żółtą ścieżkę. To ona?
-Idziemy! - powiedziałam.
-A gdzie Edvard? - głos Kai się rozległ.
-Wysiadamy na tym przystanku! - każdy posłusznie za mną poszedł. Dlaczego? Wchodząc na ścieżkę zrobiła się pomarańczowa.
-Wy też widzicie tą ścieżkę?
-Jaką? - Renata spytała.
-No tą na jakiej stoimy, pomarańczowej.
-Nie ma tu ścieżki ale jest przystanek.
Dotarło do mnie, że Edvard zaczarował moje oczy. Tylko ja widziałam ścieżkę. Nie pozostało nic innego jak nią iść. Nie próbowałam nawet z niej wychodzić, bo i tak wiedziałam, że z niej nie wyjdę.
-Dokąd idziesz? - rozległ się głos Maćka.
-Do domu, wole nasz pensjonat niż przystanek. - Każdy spojrzał się na siebie.
-Skąd wiesz jak iść? - spytał Alan.
-Jest ścieżka, której wy nie widzicie. Daniel, weź krok w lewo poza ścieżkę....
Chłopak posłusznie wykonał polecenie. Jego noga w powietrzu się mimowolnie cofnęła.
-No to chodźmy!
Maciek i Renata od razu poszli, pozostali się wahali. Na szczęście nie długo i po chwili byliśmy w centrum miasta...


niedziela, 9 grudnia 2012


Rozdział 5

Za moje przybycie, świętowaliśmy mini-przyjęciem z alkoholem. Ku mojemu zdziwieniu Alan wypił najwięcej. Gdy się upił, był taki grzeczny i nieśmiały! Zwyczajnie powiedzieć zachowywał się słodko . O wszystko się pytał, a nawet powiedział, że mam ładne oczy. Szkoda, że bez alkoholu taki nie jest... Maciek stał się agresywny, robił pośmiewisko z Alana i Renaty, aby mi się spodobało. Owszem to co robił było zabawne, ale również niemiłe i nieodpowiedzialne. W sumie bawiłam się nawet dobrze.
Gdy się obudziłam Renata i Maciek jeszcze spali; nie było Alana. Lekko przestraszona wstałam i poszłam do łazienki sprawdzić, czy go tam nie ma. Był... Ale chyba weszłam w nieodpowiednim momencie. Układał swoje włosy w idealnego jeżyka. Na umywalce, prócz past i szczotek do zębów (no i mydła) był żel do włosów. Alan miał w prawej ręce grzebień którym czochrał włosy. Musiał mnie zauważyć w lustrze, ponieważ...
-Nina... - raptownie się odwrócił. - Co ty tu robisz?! Dlaczego...?! Dlaczego nie śpisz?! - Alan był tak zakłopotany, że nie wiedział jakich słów użyć.
-Ile układasz włosy?
-A co cie to interesuje?! Ciebie nie powinno tu być!
-Następnym razem zamknij drzwi! Mogę być gdzie mi się tylko podoba! - wiedziałam, że robienie (kolejnej) awantury nic nie zdziała, tym bardziej że obudzi się pozostałych. - Renata i Maciek śpią, więc przymknij się! Mogę dotknąć twoich włosów?
-Co?! - to pytanie niezwykle go zaskoczyło i oburzyło. - Chyba żartujesz! Nie po to je godzinę stawiam, żebyś mi je niszczyła! Patrz, chcesz zniszczyć takie arcydzieło?
Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Szybko go odwzajemniłam.
-Dobrze, mi by się nie chciało ich układać. Idę.
-Ładnie?
-Co ładnie?
-No wiesz, ułożyłem?
Ponownie pojawił się u niego i u mnie uśmiech.
-Sama nie wiem...- choć tak naprawdę, bardzo mi się podobał w tych włosach. To była pierwsza nasza spokojna (i nawet!) z uśmiechem rozmowa.


Minęło kilka dni i ku mojemu zdziwieniu. Obejrzeliśmy całą Pragę, a nawet kupiłam sobie nową torebkę; z napisem „Prague”. Ja z Alanem już się tak bardzo nie kłóciłam, lekko się przyzwyczaiłam do nowego domu. Tylko coś się stało z Edvardem. Baczniej mnie obserwował i patrolował. Gdy zwiedzaliśmy miasto, tłumacząc historię zabytków, głównie na mnie patrzył. Albo gdy weszliśmy do kawiarni (on płacił), usiadł blisko mnie. Byłam wtedy na sto procent pewna, że słyszał moją rozmowę z dziewczynami. Chciałam sprawić wrażenie, jakbym tego nie zauważyła, choć mnie krępowało ciągłe obserwowanie.
W tej chwili siedzieliśmy na murku; z niego widzieliśmy całą Pragę. Rozmawiałam z dziewczynami o zabytkach w Pradze. A przy okazji dowiedziałam się, w jakich miastach były wcześniej. Chciałam poruszyć temat o magii, choć nie wiedziałam jak zacząć i kiedy go rozpocząć. Pomyślałam, że w Pradze na murku którym byliśmy, niestety Edvard wszystko by słyszał...
W pewnym momencie magik wstał, jego twarz wyrażała tyle emocji, że ciężko ją opisać. Hardo szedł do pewnego mężczyzny, mający długi skórzany czarny płaszcz. Edvard idąc do niego zacisnął pięści jakby by mu zaraz miał przyłożyć. Nieznajomy popatrzył na mnie, lecz zauważając Edvarda, wyjął ręce z kieszeni i szybkim krokiem odszedł. Zdziwiło mnie to, że Edvard nas tak po prostu zostawił. Nie tylko ja zauważyłam sytuację. Wszyscy zgromadzeni (ja, Renata, Alan, Maciek, Daniel, Greta, Kaja i Piotrek), przestali rozmawiać i z zaciekawieniem oglądać sytuację. Edvard i nieznajomy zniknęli nam z oczu.
-Kto to był? - zapytała wszystkich Kaja, choć wiedziała, że nikt jej na to pytanie nie odpowie.


-Jesteśmy wolni! - krzyknęła rozradowana Renata.
-Spokojnie... Na pewno zaraz tu będzie... - uciszył ją Maciek.
-Pewnie i tak byśmy sobie nie dali rady,ale mamy siebie. - powiedziała swoje Greta.
-Jakby tak znowu pójść do domu... - rozmarzył się Daniel.
-No i wtedy wszyscy zostalibyśmy przyjaciółmi! - Greta również zaczęła marzyć.
-Na pewno tak się nie stanie. - Maciek chciał uspokoić wszystkich.
-Trzeba wierzyć w siebie, wtedy się osiągnie wszystko! - dopowiedziała Kaja.
-Ale jak sobie poradzimy?
-Poradzimy sobie. Wszystko będzie dobrze jeszcze tego dopilnuję! - Piotrek mówił niezwykle pewny siebie.
-Jesteśmy w Czechach. Czechy graniczą z Polską, więc nie będzie tak ciężko. Wtedy wszystko zaczniemy od nowa... - dalej poprowadził Alan.
-Spokój! Edvard idzie... - zakończyłam.
* * *
Leżeliśmy w łóżkach. W pokoju było już ciemno, a jednak wszyscy myśleli o dzisiejszym wydarzeniu.
-Powinniśmy uciekać. - Renata przerwała godzinną ciszę.
-To dlaczego tego nie zrobiłaś? - Alan jej odpowiedział.
-Bo za bardzo się cieszyłam, żeby o tym pomyśleć.
-Dosyć często się cieszysz.
-Taka już jestem.
-Zmień się.
-Nie mogę. Już próbowałam...
-Pewnie masz słabą wolę...
-A ty niby dobrą?
-Tak.
-Na pewno we wszystkim?
-Owszem.
-Za dobrze cię znam. Nie dasz rady bez...
-Nie znasz mnie.
-Znam. Nie obejdziesz się bez ukochanej osoby. Dla miłości zrobisz wszystko. Nawet się zmienisz.
-Nigdy.
-Zakład?
-Zgoda... - Alan był niepewny.
-Zgadnę w kim będziesz, lub jesteś zakochany. Powiem ci i udowodnię, że zrobisz dla tej osoby wszystko. Jeśli wygram będę świadkową na twoim ślubie - Alan parsknął śmiechem -Jeśli przegram, zrobię dla ciebie wszystko, nawet przejdę się nago po ulicy. Umowa stoi?
-Hmm... Masz jedną szansę, na zgadnięcie. Stoi.
Słychać było jak Renata się odwraca (na łóżku) w kierunku Alana; po chwili usłyszałam chlast dłoni uderzających o siebie.


piątek, 7 grudnia 2012


Rozdział 4

Wróciłam do pokoju. Położyłam się na łóżku. To był najgorszy dzień w moim życiu, uświadomiłam sobie, że jestem tak jakby w więzieniu... Chciałabym usnąć, a jednak pytania do współlokatorów nie pomagały zasnąć:
-Czy wy też chcielibyście uciec, uciekaliście już?
-Każdy kto tu trafił próbował uciec. - odezwał się na końcu mężczyzna.
-Wiesz, ale każdy jest na tyle mądry, że uciekał w nocy aby nikt cie nie zauważył. - dopowiedział drugi mężczyzna mający bliżej łóżko.
-Sam nie jesteś lepszy! - zdenerwowałam się.
-Ja?! Mądrzejszy, przystojniejszy, silniejszy, bardziej sprytny...
-Szkoda, że niemiły i nieskromny! - Mocno mnie wkurzył.
Mężczyzna miał mocno brązowe oczy i czarne włosy; ułożone w jeżyka i zgolone po bokach. Był wysoki i szczupły. Nie miał piegów, choć by mu pasowały. Jego równe zęby były zadbane. Ubrany był w T-shirt, widocznie było widać, że jest umięśniony. Miał mocną budowę, więc wydawał się groźny. Trzeba przyznać był przystojny.
-Jak masz na imię? - zwróciłam się do niego, gdy już ochłonęłam.
-Alan.
-Ile już tu jesteście?
-Jaka wścibska...
-Alan rozumiem, że nie polubiliście się, a jednak wole być dla Niny uprzejmy... - uśmiechnął się drugi mężczyzna. - Jesteśmy tu od kilku miesięcy. Jestem Maciek.
Spróbowałam uśmiechnąć się, ale nie za bardzo mi to wyszło. Maciek miał dłuższe, proste brązowe włosy, opadające mu na czoło. Mocno błękitne oczy, widać było z daleka. Miał blady uśmiech i niezbyt szeroki. Szczupły, ale lekko wyższy ode mnie. Miał łagodny i męski głos; uwielbiałam taki.
-Czy...czy on was dobrze traktuje? Nie jesteście głodzeni? Możecie wychodzić na dwór?
-Możemy się najeść do syta, gdy ma dobry humor jest uprzejmy. Owszem możemy wychodzić, ale pod jego pozwoleniem i nie dalej niż Paryż. - dalej odpowiadał Maciek.
-Czy on nas wypuści kiedykolwiek?!
-Nie zapowiada się na to...
-A może zmieńmy temat? - zaczęła Renata. - Na przykład gdzie pójdziemy, aby świętować przybycie Niny? Może jakaś luksusowa restauracja?
-Jeśli mamy świętować to może w pokoju? Radziłbym dobrą drzemkę i na tym zakończymy świętowanie. - wciął się Alan.
-Odezwał się chojrak. - odbiłam piłeczkę. - Sam pewnie nie miał świętowania, a teraz jesteś zazdrosny.
Spojrzał mi prosto w oczy. W jego oczach wypatrzyłam złość, ale zarazem uzupełnienie; uzupełnienie tego czego mu brakowało. Jego źrenice raptownie się powiększyły, ale wciąż na mnie patrzyły. Poczułam się niekomfortowo, po minie Renaty wywnioskowałam, że się zaczerwieniłam. Pewnie dlatego, że Alan mi się podobał. Próbując aby nie zauważył zaczerwienienia wymyśliłam wymówkę:
-Muszę pójść do łazienki, Renata choć ze mną pokażesz mi gdzie ona jest.
Dopiero po chwili zauważyłam, że łazienka jest w pokoju. Alan wybuchnął śmiechem wyszczerzając swoje wszystkie zęby. Renata niepewnie się uśmiechnęła, Maciek zrobił by to samo co Alan, ale powstrzymując się popatrzył na mnie słodko z jego delikatnym uśmiechem. Kobieta wstała i poszła ze mną do łazienki.
Wchodząc i zatrzaskując drzwiami, zaczęła nawijać jak opętana; o tym, że między mną a Alanem coś iskrzy. Nie przejmowała się tym, że za drzwiami Alan z Maćkiem mogą podsłuchiwać. Nie mogłam do tego dopuścić.
-Renata cichoo! Jeszcze usłyszą! Zresztą nic nie iskrzy!
-Spokojnie Edvard zaczarował te drzwi... Mam nadzieję, ze wiesz o co chodzi... Nic nie słychać. Iskrzy i to jak! Twoje zaczerwienienie to niby co?
-Często się rumienię.
-Chciałbym uwierzyć w bajeczkę. On... Jak on patrzył na ciebie. Na mnie to nigdy tak nie spojrzy... I nie tylko Alanowi się spodobałaś! Maciek również niesamowicie miły, dla ciebie!
-Ale ja... Przestań!
-Widzę, że nic z tego nie widzisz ponieważ chcesz iść spać, zapada zmrok umyj się, dołącz do nas. Chyba Alan miał rację co do drzemki... Spokojnie jutro się coś wymyśli!

* * *

-Chyba trzeba ją obudzić...
-Trzeba?! Jeśli tak mówisz, to w tej chwili!
-Dlaczego? Gdy śpi jest przynajmniej cicho i nie pyskuje...
Od razu poznałam, troszczącego się o mnie Maćka, podnieconą Renatę i... Bezczelnego Alana...
-Dłużej nie wytrzymam! Nina! Wstawaj! Nawet nie wiesz co się stało! Akurat kiedy przybyłaś!- krzyczała Renata.
Nie wiedziałam o co jej chodziło. Co się stało? Czy coś się zmieniło? Nieprzytomna wstałam ocierając oczy. Alan parsknął śmiechem, pewnie po wyglądzie mojej fryzury,która była rozczochrana maksymalnie. Zapomniałam włosy zapiąć w gumkę. Widocznie miałam twardy i dłuugi sen. Pierwsze co ujrzałam to dwa niebieskie punkty. To były oczy Renaty. Zanim cokolwiek mogłam powiedzieć, wzięła mnie za rękę i pociągnęła do okna. Nie zrobiło na mnie to większego znaczenia. Jednak coś się różniło... Inne budynki, ulice, drzewa, kolory... Maszerowali trzej żołnierze z karabinami, ich kroki były identyczne. Twarze ich były zimne i odważne.
-Gdzie jesteśmy? Czy jesteśmy kilka przecznic dalej czy co?
-Nie, jesteśmy w Pradze!
-Gdzie?
-W stolicy Czech!
Musiało potrwać kilka sekund, zanim dotarło do mnie to co powiedziała.
-Ale jak?
-Co kilka dni albo kilkanaście, przenosimy się w inne miejsce. Ale tylko wtedy kiedy my śpimy. Nigdy nie wiemy kiedy i gdzie.
-Podróżujecie po całym świecie?!
-Tak... Podróżujemy... - dotarło do mnie, że też jestem w to wpakowana. Zasmuciło mnie to, że tak krótko byłam w Paryżu... Tak chciałam go zwiedzić...
Rozległo się pukanie do drzwi. Jednak osoba nie otrzymując odpowiedzi i tak weszła.
-Witajcie. Przyszłam poznać się z Niną.
-Witaj, to ja. - choć poznawanie nowych osób, nie było złe, to zaczęło mnie męczyć, dużo rzeczy naraz poznawałam. - Ktoś cie przysłał?
-Tak. Ja sama siebie. Zwracaj się do mnie Greta.
-Cześć Greta! - radośnie powiała ją Renata. - I jak tam brat?
-On? Maskara ciągle mnie poniża...Zna wszystkie moje wady i je wykorzystuje...
-Ha ha chłopak dobrze robi! Robiłbym to samo co on gdybym miał siostrę. - nie znałam tej Grety, ale żaden chłopak nie może poniżać kobiety! Alan wyprowadził mnie z równowagi.
-Miałam dużo znajomych, ale musiałam wyprowadzić się nad morze. Żaden chłopak jakiego znałam nie był tak...taki jak ty! - w tym momencie wstałam. - Ci którzy znęcają się nad słabszymi są do du... do bani! Nigdy się nie znęcaj! Greta choć pomogę ci zdyscyplinować twojego brata!
Dziewczyna popatrzyła na mnie z uśmiechem i z podziwem. Widać, że Alan nie może się poddać i przyznać mi rację; to nie w jego typie.
-Jak widać nie znałaś wielu ludzi!
Nie mogłam odbić piłeczki. Popatrzyłam na niego groźnie i odeszłam z Gretą.
-Dzięki.
-Spoko.
-Jakby co mój brat ma na imię Daniel.
-Spoko.
Rozległo się pukanie do przeciwległych drzwi. Otworzył je mężczyzna. Po minie Grety, domyśliłam się, że to TEN Daniel.
-Ooo a jednak, ktoś cie lubi.
-Zamknij się.
-Jestem Nina i przyszłam z tobą pogadać. - szybkim krokiem weszłam do pokoju. - Znęcasz się nad swoją siostrą?
-Tak.
-Dlaczego?
-Ponieważ, przedtem jak tu przyszliśmy, albo cokolwiek to było, ona znęcała się na mnie. Rujnowała mi randki, wyjścia z kolegami, wylewała na mnie sok i tym podobne. Więc teraz postanowiłem zemstę.
-Greto to prawda?
-Owszem.
-Więc ci nie pomogę ponieważ sama narobiłaś bigosu. Choć Daniel, jest jak jest i w takiej sytuacji już zemsta powinna minąć.
Obydwoje dziwnie na mnie popatrzyli. Choć w ich czarnych oczach dostrzegłam pomniejszające się źrenice i były nieprzekonane ,a jednak się uśmiechnęli. Przytulili i podziękowali mi za zgodę.
Gdy wychodziłam znałam już wszystkich z naprzeciwka współlokatorów. Greta, Daniel, Kaja i Piotrek. Wszyscy mili; przynajmniej dla mnie. Zastanawiało mnie też, to że tak łatwo ich pogodziłam. To było zbyt proste... Wątpię aby kiedykolwiek się dowiedziała dlaczego...

czwartek, 6 grudnia 2012


Rozdział 3
Szliśmy raz główną drogą, raz skrótami. Nikt się do mnie nie odzywał . Gdy przechodziliśmy koło posągów, lub jakiś zabytków, Edvard mi o nich mówił wszystko co wiedział. W pewnym momencie zatrzymaliśmy się przed sporym domem. Mnie to przypominało pensjonat. Edvard otworzył wielkie drzwi lekko się skłonił i wyciągnął ręce ku domu. Naprawdę wyglądał jak dżentelmen:
-Zapraszam do środka.
Wszyscy co byli z Edvardem, zrobili dziwne miny, jakby cierpieli, albo byli zaniepokojeni. Zmartwiło mnie to.
-Zapraszam do środka. - powtórzył zdanie. Zrobiło mi się dziwnie, nikt wcześniej nie był tak uprzejmy dla mnie.
Weszłam... Mężczyzna uśmiechnął się złośliwe, jednak szybko zmienił minę.
-Wejdźcie, wejdźcie. Przecież tu mieszkacie. - w jego głosie wyraźnie było słychać mniej uprzejmości.
Podłoga była drewniana, odcień miała ciemny. Na niej był długi czerwony dywan. Po bokach miała złote wzorki. Ściany były jaśniejsze od dywanu, ale równie czerwone. Sufit był biały, a z niego wisiały złote żyrandole z kryształami. Na samym końcu była winda. Wszystko wydawało się luksusowe.
-Idź. - dopiero teraz zorientowałam się, że stoję w miejscu. Wszystko to robiło wielkie wrażenie. Choć korytarz wydawał się długi wcale tak nie był. Po przejściu korytarza po prawej stronie była recepcja. Ominęliśmy ją. Doszliśmy do windy. Ona również była czerwona. Było to dla mnie niezwykłe przeżycie iż wszyscy się zmieścili do małej windy. Osób było 8 albo 9, a winda dość mała aby pomieścić wszystkich. Na dodatek każdy miał luz. Jechaliśmy na 3 piętro.
Gdy wyszliśmy z windy, ujrzałam taki sam korytarz, tylko że krótszy. Na końcu miał trzy drzwi; dwa po bokach, jeden pośrodku. Zadowolony Edvard przemówił:
-Ten pośrodku jest mój, Nino po prawej jest twój, tam znajdują się twoje rzeczy. Bądź na dole za godzinę.
Połowa grupki poszła do lewego pokoju, Edvard do swojego, moi współlokatorzy już byli w prawym. Zostałam sama w korytarzu. Jednak i tak po chwili poszłam do prawego.
Pokój był o wiele przytulniejszy od korytarzy; był jasnoczerwony. Podłoga już nie była drewniana, a pokryta cała miękkim czerwonym dywanem. Od razu gdy się weszło po prawej stronie była łazienka, tym razem biała. Naprzeciwko było łóżko. Naprzeciwległej ścianie przystawały dwa łóżka. Od południa było jedno łóżko; i to należało do mnie, ponieważ było puste. A od zachodu było okno, a pod oknem szafki (jedna zapełniona przez współlokatorkę). W pokoju była jedna kobieta (oprócz mnie) i dwóch mężczyzn. Usiadłam na swoim łóżku, było niesamowicie miękkie; takie jak uwielbiam. Kobieta była jasną blondynką, o ciemnoniebieskich oczach. Szczupłą, ale niską. Miała piegi, które niesamowicie jej pasowały.
Uśmiechnęła się lekko do mnie i powiedziała:
-Witaj, jestem Renata.
-Cześć, Nina.
Kobieta zauważyła, że nie jestem sztywna, od razu się rozluźniła.
-Mam nadzieję, że podpasuje ci towarzystwo tych dwóch. - spojrzała kontem oka na współlokatorów. Lekko się uśmiechnęłam:
-Nie, nie. Mogą być.
-Zmienisz zdanie gdy pobędziesz tu trochę. - po chwili wybuchnęłyśmy śmiechem.
-Proszę nas nie obgadywać! - odezwał się mężczyzna, widocznie rozbawiony.
-Proszę nas nie podsłuchiwać! - odpowiedziałam. Tutaj cały pokój się roześmiał. Czułam się dobrze. Mili ludzie, Paryż, nowy dom... Właśnie „nowy dom”, a co będzie z moimi znajomymi w Warszawie, co będzie z moim domem? Domyśliłam się, że Edvard chce porozmawiać o tym wszystkim za godzinę. Zamierzam mu podziękować, ale poprosiłabym aby odesłał mnie do domu, starego domu...


Zjechałam windą na dół. Ku mojemu zdziwieniu naprzeciwko recepcji była sofa; wcześniej jej nie zauważyłam. Edvard już tam był. Usiadłam koło niego i zaczęłam rozmowę:
-Nie spóźniłam się?
-Nie, nie... Ja nie lubię po prostu być drugi. - zwrócił się w moją stronę z lekkim uśmieszkiem, odwzajemniłam uśmiech.
-Jakieś pytania?
-Oj tak i to dużo! Jakim sposobem mnie tu sprowadziłeś?
-Dzięki magii. Nie mówiłem ci tego wcześniej?
-Ja usnęłam?
-Tak, ale na minutę.
-Dlaczego mnie? - to pytanie było dla mnie najważniejsze. Mężczyzna popatrzył mi w oczy. Po chwili uśmiechnął się.
-Każdego prosiłem na dół za godzinę. I każdy zadał to samo pytanie. A jednak żaden nie dostał odpowiedzi.
-Magia istnieje?
-Skoro tu jesteś, skoro jest ten dom, skoro jestem ja; oznacza, że tak.
-Ktoś poza tobą ma czarodziejskie moce?
-Tak.
-Kto?
-To tajemnica, do rozwiązania.
-Ale ty wiesz kto?
-Oczywiście.
-Czy odeślesz mnie do domu?
-Nie.
-Dlaczego?!
-Moja odpowiedź nie jest zrozumiała?
-Ale co stanie się z moim domem?!
-Nic.
-A moi znajomi?!
-Już zapomnieli o tobie.
-Ale jak mogli?!
-Przeze mnie. Magia.
-Jak mogłeś?! - mocno się wkurzyłam i zmartwiłam, teraz to nie mam nikogo...
-Jak widać mogłem. Jakbym nie mógł to by pamiętali. Chyba wykorzystałaś wszystkie pytania jakie chciałaś zapytać, prawda?
-Tak... Ale skoro nikt o mnie nie pamięta i mnie nie odeślesz, to, to sama wyjdę! Nie rozumiem dlaczego nikt wcześniej tego nie zrobił!
-Przykro mi, że nie jesteś zadowolona... Starałem się, nawet ułożyłem miękkość łóżka dla ciebie, jak najbardziej lubisz...
W tym momencie podbiegłam do windy, ostatni raz spojrzałam na Edvarda i pojechałam na 3 piętro. Wyszłam z windy, przeszłam korytarz i weszłam do pokoju.
-Idę do mojego domu! On... on mnie dłużej tu nie utrzyma!
-Nina... Naprawdę niepotrzebnie się męczysz... Lepiej zostań i tak to ci nic nie da...
Nie słuchałam go jednak, wzięłam bagaż ale... Zrobiłam kilka kroków z nim, a tu nagle walizka stała się strasznie ciężka... Miała chyba ze sto kilogramów! I to dosłownie. Nie mogłam udźwignąć nawet ruszyć. To na pewno sprawka sztuczek Edvarda, ponieważ teraz nie mogłam jej nawet ruszyć, a wcześniej z nią szłam. Postanowiłam, że pójdę bez bagażu. Ruszyłam ku windy, zjechałam... Pobiegłam w stronę drzwi. Spojrzałam na sofę, Edvard cały czas spokojnie tam siedział. Biegłam, biegłam...
-Ała!! - walnęłam chyba w ścianę. Jednak przede mną nic nie ma. Tym razem powoli podeszłam poczułam ścianę, znaczy sama nie wiem co to było. Jakby powietrze nie pozwalało mi przejść. Już wszystko rozumiałam... Pewnie każdy próbował z tego miejsca uciec i każdy miał tak samo jak ja... Dlatego i oni mi nie pomagali, i Edvard nic nie robił... Zrobiłam z siebie idiotkę. Ale tym to najmniej się przejmowałam. Zrozumiałam, że już nigdy nie opuszczę tego miejsca...

Siema, dziś zrobiłam sobie nową grzywkę na bok ;D A tak dla ciekawostki, ci co czytają i wyobrażają sobie Ninę; ma ona grzywkę. Nie taką jak ja (fajne, że widzicie moją :P), tylko minimalnie wchodzącą na czoło i z prawej strony. Fajnie, kompletuje się z jej włosami <jak ja sobie ją wyobrażam, jest ona bardzo ładna>.

środa, 5 grudnia 2012


Rozdział 2
Poczułam, że leżę na czymś twardym. Otworzyłam oczy. Moje okulary przeciwsłoneczne znikły, wraz z parasolem, ręcznikiem i... plażą. Podniosłam się, a raczej usiadłam. Siedziałam na ławce, byłam ubrana w dżinsy, podkoszulek i trampki. Nie wiedziałam co się dzieje, przecież leżałam na plaży. Porwano mnie? Chciałam zorientować się gdzie jestem. Jednak ulice i budynki wskazywały na to, że to nie była Ustka. Ludzie mówili innym językiem. Chodziłam po różnych ulicach. Wszędzie były posadzone średnie liściaste drzewka . Sporo kobiet nosiło sukienki. To miejsce było piękne! Pachniało świeżo pieczonymi bułeczkami. Pogoda była słoneczna i przyjemna, a jednak nie było gorąco. Większość budynków było białych. Ku mojemu zdziwieniu byli Murzyni, Arabowie, Azjaci, Europejczycy. Musiało być to miasto turystyczne.
Zaczęłam biegnąć truchtem do następnej ulicy i do następnej, i do następnej. Byłam tak zdenerwowana, że nie rozglądałam się po bokach, ani kto mnie otacza. Gdy przebiegłam spory kawałek, zatrzymałam się, aby odpocząć. Postanowiłam znaleźć Polaków i poprosić ich o pomoc. W tym momencie rozejrzałam się dookoła, zdałam sobie sprawę jaka byłam ślepa. Wszędzie otaczały (no prawie wszędzie) mnie sklepiki z pamiątkami. Każda koszulka miała nadruk „I <3 Paris”.
No tak byłam w Paryżu! Ogarnęło mnie szczęście, zawsze pragnęłam pojechać do tego miejsca, a jednak strach, jak ja sobie tutaj poradzę? Bez pieniędzy, domu i opanowania języka. A co gorsze, czy zostałam porwana?! Jak tak to kiedy to się stało?!Terrorysta pomyślał, że nie żyję i mnie pozostawił?! Ile już jestem w Paryżu?! Co stanie się z moim domem w Ustce?! Choć byłam szczęśliwa, to niepokój zwyciężył. Kto mnie porwał? Może ta kobieta z plaży? Po co? Nie jestem wartościowa...
Nie wiedziałam co robić. Chodziłam po ulicach... Okrążałam budynki i do nich wchodziłam. Zauważyłam Policję (przynajmniej mam nadzieję, że to ona), gdy byłam koło nich, chciałam się spytać o pomoc, jednak zdałam sobie sprawę, że mnie nie zrozumieją... Już odchodziłam, a mężczyzna rozbawiony spytał po angielsku:
-Turist?
Znając trochę angielskiego odpowiedziałam:
-Yes. - aby nie wypaść na idiotkę musiałam o coś spytać i pierwsza myśl jaka mi przyszła to pytanie; gdzie jest metro? - Where is metro?
-Ha ha. - widocznie spodziewał się tego pytania. Wskazał palcem, na schody prowadzące w dół, metro było niedaleko.
-Thank you!
Pobiegłam do metra, nawet sama nie wiem dlaczego, jakoś mnie tam gnało... To był dobry wybór. Ujrzałam tam polaków! Mieli czapki biało-czerwone, flagi i ubrania. Nie miałam się komu wyżalić, a oni mnie zrozumieją (przynajmniej co mówię), a może nawet pomogą. Pobiegłam do nich uradowana, w końcu zyskam jakąś pomoc:
-Witaj ja nie wiem co się stało. Jesteśmy w Paryżu, tak? Ja leżałam na plaży i, i... - nagle zdałam sobie sprawę, że mi nie uwierzą, ale mówiłam dalej – I... Usnęłam i obudziłam się na ławce... I nie ma moich rzeczy... Jestem ubrana w inne ubrania...
Wyraźnie podekscytowany mężczyzna się spytał:
-Jak ci na imię?
-Nina.
Mężczyzna zaczął się cieszyć, skakać, śmiać się. Nadal uradowany zaczął mówić:
-Ach znowu mi się udało! Ty miałaś tutaj przybyć! To przeze mnie tu się dostałaś! Chyba dobrze dobrałem ubrania? Tutaj wszyscy za mną, mieli to samo. Choć ze mną, pokażę ci twój pokój, twoje rzeczy już tam na ciebie czekają...
-Zaraz, zaraz! Ale jakim sposobem się tu dostałam?!
-Ach nie przedstawiłem się. Edvard Prine, a ci wszyscy Polacy są ze mną. Dzięki mnie się tu dostałaś, już to mówiłem.
-Ale jakim sposobem?!
-Nie bądź wścibska, Nino... Dzięki magii.
-Czym?! Magia nie istnieje!
-A widzisz? Niby jakim sposobem w ciągu 5 min. się tu znalazłaś? Choć do swojego pokoju.
-Ale... To, to jest niemożliwe!!
-Ja wiem. Wytłumaczę ci wszystko w domu. A teraz choć.
-Gdzie idziemy?
-Do domu. Nie będę ci mówił ulicy, bo i tak nie znasz Paryża, prawda?
-Prawda... - tak naprawdę, sama nie wiedziałam czy iść czy nie. W końcu go nie znałam. Ale mówił przekonująco i jego radość zadawała się prawdziwa... Zresztą jak mnie oszukał to przecież wyjdę z tego domu, prawda?