czwartek, 13 grudnia 2012

Nie mam zbytnio czasu, wchodzić na bloga i pisać nowe rozdziały. Tym bardziej, że czytam najlepszą książkę, jaką kiedykolwiek czytałam w swoim życiu, a mianowicie "Dotyk Julii". Dziś dostałam rolę, do przedstawienia teatralnego. Dzień zaliczam do udanych, choć jutro klasówka z historii i trza (trzeba) się uczyć:>

Rozdział 6
Edvard na tyle się wystraszył, że znowu przenieśliśmy się do innego miejsca. TO miejsce było Londynem. Nareszcie poćwiczę swój angielski; tym bardziej, że jeździmy po całym świecie.
Godzina dziesiąta rano – czas wolny. Maciek czytał książkę, Alan spał, a Renata kręciła się, inaczej mówiąc nudziła. Co chwila chodziła od pokoju do łazienki, raz zaczęła dokuczać Maćkowi (co się miło nie skończyło), budzić Alana, mnie zagadywać, śpiewać (Maciek z Alanem byli zdania aby zamilkła, zresztą ja też nie zamierzałam słuchać jej krzyków), tańczyć, a nawet skakać na łóżku. W końcu po wszystkich swoich wyczerpanych pomysłach usiadła. Była cisza przez minutę, ale gwałtownie wstała mówiąc:
-Zrobię głupi telefon!
-Słucham? Przecież nie masz do kogo zadzwonić!
-No i o to chodzi! Zadzwonię do mojej byłej przyjaciółki!
-Ale...
-Co ale?
-W sumie nic. - zakończyłam.
Wzięła telefon, zaczęła klikać coś na telefonie. Po chwili przyłożyła telefon do ucha.
-Halo? - cichy głosik odpowiedział w telefonie.
-I'm the one who you know, so do not be afraid to – tu dodała niski głos - cool your soup...
Rozłączyła się z uśmiechem. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Ona zna anielski?!
-Znasz angielski i nic mi o tym nie powiedziałaś?!
Spojrzała na mnie dosyć dziwnie.
-Ale przecież ja znam angielski on urodzenia! - w końcu do niej dotarło, że nic nie wiem – Ha ha sorry... Nie jestem polką, tylko angielką.
-Słucham!? Ale nie masz akcentu... I nawet rzadko używasz takiego angielskiego w sensie „OK”!
-Bo nie muszę.
-Polski znasz od zawsze?
-Nie. Jak się tu dostałam wiesz ta magia... Od razu umiałam polski.
-Aaa... nauczysz mnie angielskiego? BO ja ledwo co umiem... Ale poczekaj... Ktoś jeszcze, jest anglikiem?
-Nie. Ale Kaja jest hiszpanką. Dlatego ma ciemne oczy i włosy. Piotr pochodzi z Kanady, Greta z bratem są ze Włoch.
-A Maciek?
-Z Rosji.
-A Alan?
-Z Francji. A dokładniej z Paryża.
-Wcale taki romantyczny nie jest...
-Ha ha pozory mylą. Mówię ci jest romantyczny, ale to ukrywa. Wiedziałam o co się zakładam. - tutaj posłała mi miły uśmiech, odwzajemniając go zapytałam:
-Każdy posługuje się polskim?
-Słyszysz.
-A dlaczego polskim? A nie angielskim? Z jakiego kraju jest Edvard?
-Sama nie wiem... Ale musi mieć to znaczenie z polską...

* * *
Minęło cztery dni, odkąd jesteśmy w Londynie. Edvard cały czas na mnie patrzył, lecz dodatkowo jeszcze na innych. Rzadziej wychodziliśmy z „pensjonatu”. W końcu jednak wyszliśmy aby zwiedzić jakieś muzeum.
-Pojedziemy metrem. - rozległ się głos opiekuna.
Inni tylko pokiwali głowami. Metro nie było czyste, a nawet brzydkie. Nieprzyjemnie było siedzieć i czekać na pociąg. Gdy przybył każdy z zadowoleniem opuścił nieprzyjemne miejsce. Byłam najdalej od Edvarda, może dlatego, że ostatnia weszłam.
Przede mną stał Daniel rozmawiający z Maćkiem. Trzymając się uchwytu obejrzałam się za siebie. Zauważyłam mężczyznę w płaszczu i niezwykle pasującym do niego kapeluszu. Choć twarzy nie było widać, rozpoznałam ten płaszcz; to był ten facet z Pragi! Wystraszona odwróciłam się przodem, w razie jakby mnie zaatakował. Spojrzał na mnie z lekko drgającymi wargami.
-Witaj.
-Czego chcesz? - pytając groźnie, pomyślałam że się przestraszy.
-Nie bój się mnie. To jego powinnaś się bać. - spojrzał na Edvarda.
-Nic mi nie zrobił.
-Ależ robi cały czas.
-Co takiego?
-Tu ci nie wyjaśnię. Złap mnie za rękę, to ci wszystko powiem.
-Nie ufam ci.
-Wiem. Ale dotknij tylko chociaż delikatnie palcem, nie musisz łapać.
-Nie!!! - krzyknął Edvard.
-Złap, dotknij! No dalej albo będzie za późno!
-Nie dotykaj! Ani mi się waż! - Edvard wyglądał przerażająco. Jego twarz i charakter jakby gwałtownie się zmieniły. Rozpychając wszystkich próbował dotrzeć do mnie. Teraz wszystkie twarze były skierowane na mnie.
-Dotknij a wszystkiego się dowiesz!
-Nie! Nie złapię! - odkrzyknęłam mu i w tym samym momencie odskoczyłam od niego. Edvard nie zważając nawet na mnie uwagi, przedarł się. Zauważyłam tylko jak złapał rękę obcego. I nagle... pustka.


Wydawało mi się, że ta „pustka” trwała chwilę. Pewnie każdy tak myślał. Otwierając oczy wszystko było zamazane. Kolory mieszały się. Nie mogłam poruszyć kończynami. Można to było nazwać „Stop klatka”.
Ta „chwila” już ustąpiła. Rozmazane przed oczami tło, zaczęło nabierać kontur. Nogą choć wolno mogłam ruszać. Dźwięku z moich ust jeszcze nie słyszałam. To wszystko trwało sekundy. W pewnym momencie... Jakby przewinięcie.
Otoczenie stało się normalne, już mogłam chodzić, wszystko dobrze widziałam. Słyszałam przestraszone jęki, moich przyjaciół. Wszystko było normalne, prócz jednego – a nawet dwóch. Nie było obcego i Edvarda.
Co się z nimi stało? Rozglądając się zauważyłam odwróconego od nas mężczyznę, ciężko dyszącego. Wcześniej go nie było...
Lekko sparaliżowana po tym wydarzeniu, obeszłam go łukiem. Nagle zdałam sobie sprawę, że pociąg jedzie.
-N-nic panu nie-e jes-st? - zapytałam nieśmiało.
Mężczyzna na mnie spojrzał. To był Edvard! Nigdy nie widziałam go w takim stanie. Włosy w różne strony, zdyszany, zmęczony, leciała mu krew z nosa i skroni.
-E-edvard! Co ci się st-tało?
Edvard wstał. Podszedł bliżej, położył na mnie swoje ręce, nasze twarze tak blisko się spotkały, że myślałam iż się pocałujemy.
-Nie mów nic nikomu. Wyjdźcie na tym przystanku. Doprowadź ich do naszego domu. - mówił to i ledwo co stał. - Ja ci wskażę drogę. Nikt nie będzie mógł z niej zejść.
Położył dwa kciuki na moje oczy. Poczułam wielką energię w oczach jakby mi miały wirować. Jego dłonie opadły, gdybym go nie przytrzymała upadł by. Jego głowa spoczywała na moim ramieniu. Miałam nic nikomu nie mówić, ale o czym? Domyśliłam się, że nie chciałby aby wszyscy widzieli go w takim stanie. Położyłam go na siedzeniach, choć nogi były oparte na ziemi. „Następny przystanek będzie...” drzwi się otworzyły. Przystanek! Zostawić go tu samego? Poradzi sobie jest dorosły i zna magię... Za drzwiami zauważyłam żółtą ścieżkę. To ona?
-Idziemy! - powiedziałam.
-A gdzie Edvard? - głos Kai się rozległ.
-Wysiadamy na tym przystanku! - każdy posłusznie za mną poszedł. Dlaczego? Wchodząc na ścieżkę zrobiła się pomarańczowa.
-Wy też widzicie tą ścieżkę?
-Jaką? - Renata spytała.
-No tą na jakiej stoimy, pomarańczowej.
-Nie ma tu ścieżki ale jest przystanek.
Dotarło do mnie, że Edvard zaczarował moje oczy. Tylko ja widziałam ścieżkę. Nie pozostało nic innego jak nią iść. Nie próbowałam nawet z niej wychodzić, bo i tak wiedziałam, że z niej nie wyjdę.
-Dokąd idziesz? - rozległ się głos Maćka.
-Do domu, wole nasz pensjonat niż przystanek. - Każdy spojrzał się na siebie.
-Skąd wiesz jak iść? - spytał Alan.
-Jest ścieżka, której wy nie widzicie. Daniel, weź krok w lewo poza ścieżkę....
Chłopak posłusznie wykonał polecenie. Jego noga w powietrzu się mimowolnie cofnęła.
-No to chodźmy!
Maciek i Renata od razu poszli, pozostali się wahali. Na szczęście nie długo i po chwili byliśmy w centrum miasta...


4 komentarze:

  1. ciekawe <333
    nie mogę się doczekać następnego rozdziału
    :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa! Kogoś zainteresował mój bolg! :D

    OdpowiedzUsuń
  3. bardzo, a ja tak czekałam i czekałam i nie mogłam sie doczekać następnego rozdziału, bo coś długo nie pisałaś, ale opłacało się czekać :D <3

    OdpowiedzUsuń
  4. jeeeeej *.* obiecuję, żę będę częściej dawać rozdziały i pisać <3

    OdpowiedzUsuń