Rozdział
6
Edvard
na tyle się wystraszył, że znowu przenieśliśmy się do innego
miejsca. TO miejsce było Londynem. Nareszcie poćwiczę swój
angielski; tym bardziej, że jeździmy po całym świecie.
Godzina
dziesiąta rano – czas wolny. Maciek czytał książkę, Alan spał,
a Renata kręciła się, inaczej mówiąc nudziła. Co chwila
chodziła od pokoju do łazienki, raz zaczęła dokuczać Maćkowi
(co się miło nie skończyło), budzić Alana, mnie zagadywać,
śpiewać (Maciek z Alanem byli zdania aby zamilkła, zresztą ja też
nie zamierzałam słuchać jej krzyków), tańczyć, a nawet skakać
na łóżku. W końcu po wszystkich swoich wyczerpanych pomysłach
usiadła. Była cisza przez minutę, ale gwałtownie wstała mówiąc:
-Zrobię
głupi telefon!
-Słucham?
Przecież nie masz do kogo zadzwonić!
-No i o to chodzi! Zadzwonię do mojej byłej przyjaciółki!
-No i o to chodzi! Zadzwonię do mojej byłej przyjaciółki!
-Ale...
-Co
ale?
-W
sumie nic. - zakończyłam.
Wzięła
telefon, zaczęła klikać coś na telefonie. Po chwili przyłożyła
telefon do ucha.
-Halo?
- cichy głosik odpowiedział w telefonie.
-I'm
the one who you know, so do not be afraid to – tu dodała niski
głos - cool your soup...
Rozłączyła
się z uśmiechem. Wytrzeszczyłam na nią oczy. Ona zna anielski?!
-Znasz
angielski i nic mi o tym nie powiedziałaś?!
Spojrzała
na mnie dosyć dziwnie.
-Ale
przecież ja znam angielski on urodzenia! - w końcu do niej dotarło,
że nic nie wiem – Ha ha sorry... Nie jestem polką, tylko
angielką.
-Słucham!?
Ale nie masz akcentu... I nawet rzadko używasz takiego angielskiego
w sensie „OK”!
-Bo
nie muszę.
-Polski
znasz od zawsze?
-Nie.
Jak się tu dostałam wiesz ta magia... Od razu umiałam polski.
-Aaa...
nauczysz mnie angielskiego? BO ja ledwo co umiem... Ale poczekaj...
Ktoś jeszcze, jest anglikiem?
-Nie.
Ale Kaja jest hiszpanką. Dlatego ma ciemne oczy i włosy. Piotr
pochodzi z Kanady, Greta z bratem są ze Włoch.
-A
Maciek?
-Z
Rosji.
-A
Alan?
-Z
Francji. A dokładniej z Paryża.
-Wcale
taki romantyczny nie jest...
-Ha
ha pozory mylą. Mówię ci jest romantyczny, ale to ukrywa.
Wiedziałam o co się zakładam. - tutaj posłała mi miły uśmiech,
odwzajemniając go zapytałam:
-Każdy
posługuje się polskim?
-Słyszysz.
-A
dlaczego polskim? A nie angielskim? Z jakiego kraju jest Edvard?
-Sama
nie wiem... Ale musi mieć to znaczenie z polską...
* * *
Minęło
cztery dni, odkąd jesteśmy w Londynie. Edvard cały czas na mnie
patrzył, lecz dodatkowo jeszcze na innych. Rzadziej wychodziliśmy z
„pensjonatu”. W końcu jednak wyszliśmy aby zwiedzić jakieś
muzeum.
-Pojedziemy
metrem. - rozległ się głos opiekuna.
Inni
tylko pokiwali głowami. Metro nie było czyste, a nawet brzydkie.
Nieprzyjemnie było siedzieć i czekać na pociąg. Gdy przybył
każdy z zadowoleniem opuścił nieprzyjemne miejsce. Byłam najdalej
od Edvarda, może dlatego, że ostatnia weszłam.
Przede
mną stał Daniel rozmawiający z Maćkiem. Trzymając się uchwytu
obejrzałam się za siebie. Zauważyłam mężczyznę w płaszczu i
niezwykle pasującym do niego kapeluszu. Choć twarzy nie było
widać, rozpoznałam ten płaszcz; to był ten facet z Pragi!
Wystraszona odwróciłam się przodem, w razie jakby mnie zaatakował.
Spojrzał na mnie z lekko drgającymi wargami.
-Witaj.
-Czego
chcesz? - pytając groźnie, pomyślałam że się przestraszy.
-Nie
bój się mnie. To jego powinnaś się bać. - spojrzał na Edvarda.
-Nic
mi nie zrobił.
-Ależ
robi cały czas.
-Co
takiego?
-Tu
ci nie wyjaśnię. Złap mnie za rękę, to ci wszystko powiem.
-Nie
ufam ci.
-Wiem.
Ale dotknij tylko chociaż delikatnie palcem, nie musisz łapać.
-Nie!!!
- krzyknął Edvard.
-Złap,
dotknij! No dalej albo będzie za późno!
-Nie
dotykaj! Ani mi się waż! - Edvard wyglądał przerażająco. Jego
twarz i charakter jakby gwałtownie się zmieniły. Rozpychając
wszystkich próbował dotrzeć do mnie. Teraz wszystkie twarze były
skierowane na mnie.
-Dotknij
a wszystkiego się dowiesz!
-Nie!
Nie złapię! - odkrzyknęłam mu i w tym samym momencie odskoczyłam
od niego. Edvard nie zważając nawet na mnie uwagi, przedarł się.
Zauważyłam tylko jak złapał rękę obcego. I nagle... pustka.
Wydawało
mi się, że ta „pustka” trwała chwilę. Pewnie każdy tak
myślał. Otwierając oczy wszystko było zamazane. Kolory mieszały
się. Nie mogłam poruszyć kończynami. Można to było nazwać
„Stop klatka”.
Ta
„chwila” już ustąpiła. Rozmazane przed oczami tło, zaczęło
nabierać kontur. Nogą choć wolno mogłam ruszać. Dźwięku z
moich ust jeszcze nie słyszałam. To wszystko trwało sekundy. W
pewnym momencie... Jakby przewinięcie.
Otoczenie
stało się normalne, już mogłam chodzić, wszystko dobrze
widziałam. Słyszałam przestraszone jęki, moich przyjaciół.
Wszystko było normalne, prócz jednego – a nawet dwóch. Nie było
obcego i Edvarda.
Co
się z nimi stało? Rozglądając się zauważyłam odwróconego od
nas mężczyznę, ciężko dyszącego. Wcześniej go nie było...
Lekko
sparaliżowana po tym wydarzeniu, obeszłam go łukiem. Nagle zdałam
sobie sprawę, że pociąg jedzie.
-N-nic
panu nie-e jes-st? - zapytałam nieśmiało.
Mężczyzna
na mnie spojrzał. To był Edvard! Nigdy nie widziałam go w takim
stanie. Włosy w różne strony, zdyszany, zmęczony, leciała mu
krew z nosa i skroni.
-E-edvard!
Co ci się st-tało?
Edvard
wstał. Podszedł bliżej, położył na mnie swoje ręce, nasze
twarze tak blisko się spotkały, że myślałam iż się pocałujemy.
-Nie
mów nic nikomu. Wyjdźcie na tym przystanku. Doprowadź ich do
naszego domu. - mówił to i ledwo co stał. - Ja ci wskażę drogę.
Nikt nie będzie mógł z niej zejść.
Położył
dwa kciuki na moje oczy. Poczułam wielką energię w oczach jakby mi
miały wirować. Jego dłonie opadły, gdybym go nie przytrzymała
upadł by. Jego głowa spoczywała na moim ramieniu. Miałam nic
nikomu nie mówić, ale o czym? Domyśliłam się, że nie chciałby
aby wszyscy widzieli go w takim stanie. Położyłam go na
siedzeniach, choć nogi były oparte na ziemi. „Następny
przystanek będzie...” drzwi się otworzyły. Przystanek! Zostawić
go tu samego? Poradzi sobie jest dorosły i zna magię... Za drzwiami
zauważyłam żółtą ścieżkę. To ona?
-Idziemy!
- powiedziałam.
-A
gdzie Edvard? - głos Kai się rozległ.
-Wysiadamy
na tym przystanku! - każdy posłusznie za mną poszedł. Dlaczego?
Wchodząc na ścieżkę zrobiła się pomarańczowa.
-Wy
też widzicie tą ścieżkę?
-Jaką?
- Renata spytała.
-No
tą na jakiej stoimy, pomarańczowej.
-Nie
ma tu ścieżki ale jest przystanek.
Dotarło
do mnie, że Edvard zaczarował moje oczy. Tylko ja widziałam
ścieżkę. Nie pozostało nic innego jak nią iść. Nie próbowałam
nawet z niej wychodzić, bo i tak wiedziałam, że z niej nie wyjdę.
-Dokąd
idziesz? - rozległ się głos Maćka.
-Do
domu, wole nasz pensjonat niż przystanek. - Każdy spojrzał się na
siebie.
-Skąd
wiesz jak iść? - spytał Alan.
-Jest
ścieżka, której wy nie widzicie. Daniel, weź krok w lewo poza
ścieżkę....
Chłopak
posłusznie wykonał polecenie. Jego noga w powietrzu się mimowolnie
cofnęła.
-No
to chodźmy!
Maciek
i Renata od razu poszli, pozostali się wahali. Na szczęście nie
długo i po chwili byliśmy w centrum miasta...
ciekawe <333
OdpowiedzUsuńnie mogę się doczekać następnego rozdziału
:D
Nawet nie wiesz jaka jestem szczęśliwa! Kogoś zainteresował mój bolg! :D
OdpowiedzUsuńbardzo, a ja tak czekałam i czekałam i nie mogłam sie doczekać następnego rozdziału, bo coś długo nie pisałaś, ale opłacało się czekać :D <3
OdpowiedzUsuńjeeeeej *.* obiecuję, żę będę częściej dawać rozdziały i pisać <3
OdpowiedzUsuń